RSS
czwartek, 14 kwietnia 2011
Upadek raz jeszcze

Cześć,

pisałam już kiedyś o swoim oburzeniu, spowodowanym projektem dekoracji weselnych z wykorzystaniem starych książek. Wydawało mi się, że nic gorszego nie zobaczę, a jednak - usłyszałam pukanie od spodu. Na stronie gazety wyborczej natrafiłam na instrukcję, jak samodzielnie wykonać stojak na wizytówki ze starej książki. Należy mianowicie odciąć nożykiem przednią i tylną okładkę (zostawiając grzbiet), a kartki pozginać na pół (albo pozakładać w trójkąty, romby, co kto woli) i złożyć w takiego jakby motylka. Całość przykleić do drewnianej podstawki i voila - mamy elegancki i oryginalny dodatek na biurko. Ja naprawdę nie rozumiem, skąd ta moda na niszczenie książek. Nie sądzę, żeby było to spowodowane rosnącą popularnością e-booków, bo jak na razie wcale nie są u nas takie popularne. Więc o co chodzi? O szał recyclingu? Nie używam, więc przerabiam coś praktycznego? To chyba lepiej odnieść książki do antykwariatu albo biblioteki. Albo na allegro wystawić. A już najbardziej zdumiewa mnie obecność takiej instrukcji na stronie gazeta.pl, na której co chwila biją na alarm jak to nam społeczeństwo chamieje, nie czyta, nie myśli, słowa pisanego nie szanuje. Wyczuwam tu pewien powiew hipokryzji. Albo może jestem nienormalna.

niedziela, 03 kwietnia 2011
Święto wiosny na pokazie Erdem wiosna/lato 2011

Pierwszy raz od nie pamiętam jak dawna zobaczyłam pokaz, z którego chętnie i bez wysiłku coś bym dla siebie wybrała. I nie dlatego, że mam szalenie wysublimowany gust i ubieram się tylko w niezwykle wysublimowane kreacje – wręcz przeciwnie. Cenię sobie ubrania oryginalne, ale nie lubię niepotrzebnych udziwnień, które w wielu wypadkach szpecą, zamiast zdobić. Na pokazie kolekcji wiosna/lato 2011 marki Erdem udziwnień na szczęście nie ma, są za to delikatne, bardzo dziewczęce kreacje na ciepłe dni. Całość utrzymana jest w stylu grzecznej pensjonarki, przełamanym odważnymi szczegółami, takimi jak przeźroczysta czy półprzeźroczysta góra albo sandały na wysokim obcasie. Delikatne koronki i lekkie tkaniny w pastelowych kolorach z dodatkiem niezbyt krwistej czerwieni i granatu oraz odrobiną eleganckiej czerni prezentują się bardzo wiosennie, podobnie jak wzory kwiatowe, pozbawione modnej ostatnio nachalnej ludyczności. Bardzo kobiece są też kroje – sukienki o linii A, spódnice-bombki i powiewne kreacje do ziemi. Jedyne moje zastrzeżenie dotyczy modelek, a raczej ich makijażu. W wielu wypadkach jest on strasznie nienaturalny, wygląda jak domalowana opalenizna (co pewnie jest zgodne z prawdą, ale nie powinno się rzucać w oczy), z którą gryzie się bardzo pastelowy makijaż oczu. Ten minus w dużym stopniu niweluje jednak fakt, że modelki nie wyglądają na wychudzone i nie mają nienaturalnie powykrzywianych nóg. Szkoda tylko, że tak mało z nich się uśmiecha – ponury wyraz twarzy nie pasuje do takiej uroczej, radośnie wiosennej kolekcji.

Tagi: lula pokaz
18:03, panna_bloom
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 grudnia 2010
Zawsze i wszędzie

Cześć,

czy was też irytuje popularne podejście do telefonów komórkowych, polegająca na tym, że trzeba odebrać zawsze i wszędzie? Pal licho tych, co odbierają w toalecie - to już paranoja i okazywanie lekceważenia rozmówcy, ale szkodzą tylko sobie. Do szału natomiast doprowadzają mnie ludzie odbierający w kinie. I to nie w czasie reklam, skąd, nic z tych rzeczy - podczas seansu. Kiedy byłam na pierwszej części Pottera jakaś kobieta odebrała telefon i cała sala na nią psykała. Kiedy ostatnio byłam w kinie trzy różne osoby rozmawiały w czasie filmu i nikt nie zareagował. Upadek obyczajów?

Podobną kategorię stanowią ludzie, którzy podczas jazdy autobusem wydzwaniają do różnych znajomych i wrzeszczą na cały autobus o ich prywatnych sprawach. Fascynujące. A jak ktoś im zwróci uwagę, to na cały autobus wrzeszczą, że nie mogą rozmawiać, bo ktoś im zwraca uwagę. Cóż. Raz byłam świadkiem, jak dziewczyna w trakcie jazdy autobusem odbywała rozmowę o pracę. Najwyraźniej ciągłe przywiązanie do łączności powoduje paranoję.

21:53, panna_bloom
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 29 listopada 2010
Kochany, stary wujek Disney

Cześć,

dzisiaj znowu chciałabym się z wami podzielić wrażeniami z filmu, który ostatnio widziałam, mianowicie z "Zaplątanych", pięćdziesiątej pełnometrażowej animacji studia Walta Disneya.

Muszę powiedzieć, że absolutnie uwielbiam filmy Disneya. Nie oznacza to, że bezkrytycznie uwielbiam wszystkie jak leci, nie znoszę na przykład "101 dalmatyńczyków", "Piotrusia Pana", czy większości kontynuacji, ale kocham ten disneyowski klimat, który mimo jakości filmu pozostaje niezmienny.

Poprzedni film, "Księżniczka i żaba", chociaż bardzo fajny, trochę mnie rozczarował. Ale za to "Zaplątani" są fantastycznym i cudownym powrotem do najlepszych, klasycznych disneyowskich arcydzieł. Fabuła nie jest ani za prosta ani zbyt pogmatwana, akcja toczy się wartko i ani na moment nie traci tempa. Trochę daleko jej do klasycznego bajkowego oryginału, ale bądźmy szczerzy - czy którakolwiek z animacji Disneya trzyma się pierwowzoru? No właśnie. Ja traktuję to po prostu jako oddzielne opowieści - Andersen ma swoją "Małą Syrenkę", a Walt Disney swoją.

Bohaterowie są świetni, każdy z nich ma własny charakter - zadziorna, ale niezbyt pewna siebie i uroczo dziecinna księżniczka, przystojny i pewny siebie złodziej o dobrym sercu (to chyba najprzystojniejszy męski bohater ze wszystkich filmów Disneya!), piękna i wredna czarownica oraz... wytrwały koń, o bardzo silnym poczuciu obowiązku. Oraz fantastyczna, wcale nie tak straszna jak się wydaje, banda zbirów.

Nie sposób nie wspomnieć o stronie wizualnej - film zrealizowany jest absolutnie prześlicznie! Animowane krajobrazy prezentują się wspaniale, a scena z lampionami unoszącymi się nad miastem i otaczającym je jeziorem wprost zapiera dech w piersiach. A wszystko to doprawione muzyką Alana Menkena, kompozytora przepięknych ścieżek dźwiękowych między innymi do "Alladyna", "Pięknej i Bestii" czy "Herkulesa". Dla fanów Disneya - prawdziwa uczta, a obojętni też powinni być zadowoleni. Polecam, polecam jak najgoręcej!

poniedziałek, 22 listopada 2010
Przebierz się sześć razy w pięć minut i zmień kolor włosów

Cześć,

kojarzycie takie gry jak ubieranki, albo, z angielska, dress-up games? Wszystko zaczęło się od papierowych figurek w bieliźnie, na które można było nakładać papierowe ubrania. Ich historia jest pewnie tak długa jak historia papieru, chociaż w Europie, szczególnie we Francjistały się popularne dopiero w połowie XVIII wieku. W latach dziewięćdziesiątych popularne były takie papierowe lalki z filmów Walta Disney'a - może pamiętacie? Miałam takie z Małej Syrenki i Królewny Śnieżki, ciekawa jestem, co się z nimi stało. No i sama masowo takie produkowałam, z tym że szłam na łatwiznę i rysowałam po prostu tę samą postać w różnych strojach - takie wymienialne ubranka rysowane na zwyczajnym, cienkim, nie foliowanym papierze strasznie szybko się niszczyły.

Teraz ubieranki przeniosły się do internetu i jest ich mnóstwo - po wpisaniu w google "ubieranki" wyskakuje około 2,340,000 wyników, a po wpisaniu "dress up games" - 53,100,000. A przecież każda taka strona zawiera co najmniej kilkadziesiąt gier.

Na facebooku jest gra, którą można by nazwać "wyższym poziomem" ubieranki - chodzi się swoja postacią po sklepach, kupuje coraz więcej ubrań, im wyższy level tym lepsze sklepy, a potem na imprezach konkuruje się w wyglądzie z innymi postaciami. Jak to określiła moja przyjaciółka, której wysłałam zaproszenie do tej gry: "Gdybym miała sobie wyobrazić największy koszmar, to było by coś takiego". Można i tak, w sumie rozumiem. Ale mnie to bawi. Jak ktoś uwielbia ciuchy i po wejściu do niektórych sklepów najchętniej wykupiłby pół asortymentu, to taki ersatz jest całkiem fajny. W końcu mnóstwo ludzi uwielbia się przebierać, zmieniać skórę i style jak kameleon. I na pewno nie jestem samotną wyspą w morzu dziewczynek w wieku wczesnoszkolnym. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że biznes polegający na sprzedawaniu, często za straszne pieniądze, papierowych ubieranek w stylu vintage, istnieje i ma się dobrze;)

Jeszcze mała ciekawostka - zauważyłam, że we wspomnianej grze na facebooku, większość ludzi projektuje swoją postać tak, żeby była do nich jak najbardziej podobna. To by mogło potwierdzić moją teorię z ersatzem prawdziwych przebieranek;)

Tagi: ubieraki
13:10, panna_bloom
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 listopada 2010
Moje wrażenia z pierwszej części siódmej części

Cześć,

byłam dzisiaj w kinie na pierwszej części siódmej części Harrego Pottera i chciałabym podzielić się wrażeniami. Szczerze mówiąc po obejrzeniu straszliwych gniotów, do których sprowadzono trzy ostatnie części, nie byłam nastawiona zbyt pozytywnie. Do tego stopnia, że na wypadek, gdyby trzeba było żałować pieniędzy wydanych na bilety, wybrałam tańsze kino. Spotkało mnie jednak wielkie pozytywne rozczarowanie. Rozbicie ostatniej części na dwa filmy okazało się - jak na razie - dobrym pomysłem. Oczywiście skróty w stosunku do książkowego oryginału są nieuniknione, nie ma ich jednak tyle co w poprzednich filmach, składających się w zasadzie z wyrwanych z kontekstu scenek. Jest parę słabych momentów, kilkukrotnie ludzie na widowni chichotali w zupełnie nieodpowiednich chwilach, ale ogólnie nie było źle. Najpoważniejszy zarzut, który jednak odnosi się do całej serii, to w większości kiepsko dobrane role drugoplanowe. W stu procentach broni się jedynie perfekcyjna i niesamowicie przekonująca Helena Bonham Carter jako zupełnie szalona Bellatrix Lestrange.

W każdym razie - nie zwracajcie uwagi na beznadziejną i czepialską recenzję filmu w "co jest grane". Autor sprawia wrażenie, jakby nie tylko nie czytał książki, ale nawet jakby nie wiedział, że jest to ekranizacja, i to nie całej książki, a tylko pierwszej połowy. Arcydzieło to nie jest, ale w sumie niezły film. A najlepsza jest część animowana:)

wtorek, 16 listopada 2010
Upadek?

Cześć,

chciałam dzisiaj napisać o czymś zupełnie innym, ale zobaczyłam coś, od czego krew się we mnie wzburzyła. Na blogu o organizacji ślubów znalazłam wpis o aranżacji wesela w stylu vintage. Na zdjęciach wyglądało to, nie przeczę, bardzo ładnie, ale... No właśnie. Autorka proponuje wykorzystanie starych książek w roli dekoracji, jako podstawek pod ozdobne szkło i porcelanę, świece (!!) albo (zgroza!) pod patery z ciastkami! I to im starsze, tym lepsze (książki, nie ciastka). Autorka twierdzi, że "wcale nie trzeba być molem książkowym, aby zdecydować się na taki krok". Ja myślę, że żaden mól książkowy by się na to nie zdecydował - dla mola książkowego wykorzystanie książki (i to jak najstarszej, może jeszcze jakiegoś białego kruka z antykwariatu...) to herezja. Przecież po takim wykorzystaniu większość książek będzie do wyrzucenia, ponadpalana, usmarowana jedzeniem i pozalewana wodą ze stojących na nich wazonów. Wiadomo przecież, że takie konstrukcje są najczęściej zabójczo chwiejne, a jeszcze przy bawiącym się tłumie gości... Proponuje też rozdanie gościom swoich starych książek, żeby złożyli na nich dedykacje - dzięki temu państwo młodzi będą pewni, że nigdy ich nie wyrzucą. Cóż, jeśli to ma być jedyny powód zachowania starej książki... Może jestem jakimś bibliofilem - ekstremistą (chociaż nie sądzę), ale jak dla mnie ten pomysł tchnie jakimś prymitywnym podejściem i kompletnym brakiem szacunku do słowa pisanego. Może przesadzam. Co sądzicie?

15:55, panna_bloom
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 listopada 2010
Wszyscy kochamy Severusa Snape'a

Cześć,

lubicie książki o Harrym Potterze? A jaka jest wasza ulubiona postać? Założę się, że nawet jeśli nie jest nią Mistrz Eliksirów, to i tak zajmuje on wysokie miejsce na Waszej liście bohaterów ulubionych. Czemu tak myślę? Cóż, to proste - wystarczy przejrzeć trochę fanfików, filmików na youtubie, czy porozmawiać z innymi fanami Potter-sagi. Większość ludzi zdecydowanie woli go od takiego na przykład Pottera, który wraz z rozwojem akcji robi się coraz nudniejszy, coraz bardziej irytujący i coraz bardziej och-jaki-jestem-wspaniały-i-nieomylny. Przy czym mnóstwo tych wyrazów sympatii wobec Snape'a powstało zanim jeszcze było wiadomo, czy jest on dobry czy zły, a nawet w momencie, kiedy wydawało się, że jednak jest tym złym. Jedna z moich koleżanek, pisząca bloga o Hogwarcie kolejnego pokolenia, stwierdziła, że po prostu nie przyjmuje tego faktu do wiadomości i pisała dalej, zgodnie ze swoją wizją. Jak przypuszczam, nie ona jedna. Co takiego ma w sobie Severus Snape, niesympatyczny facet o haczykowatym nosie, żółtych zębach i wiecznie przetłuszczonych włosach? Być może fakt, że to ponoć ulubiona postać autorki, w jakiś sposób emanuje z kart powieści. A może sprawił to boski głos wcielającego się w tę postać Alana Rickmana? A może po prostu wszyscy lubią fajnych mroczniaków o wrednych charakterach, starannie skrywanych tajemnicach i bliznach na duszy, bo są interesujący i budzą instynkty opiekuńcze? Osobiście uważam, że wszystko naraz, z naciskiem na możliwość ostatnią (zapewne jest to nawet udowodnione psychologicznie). I tym mało odkrywczym stwierdzeniem zakończę swój dzisiejszy wpis. Pozwolę sobie tylko dorzucić link do dwóch najwspanialszych, moim zdaniem, dowodów uwielbienia dla Snape'a (inne filmiki z tej serii też zresztą polecam):

http://www.youtube.com/watch?v=Tx1XIm6q4r4

http://www.youtube.com/watch?v=t80BBGhlyt8

Miłego oglądania!

21:13, panna_bloom
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 listopada 2010
Coś z zupełnie innej beczki

Cześć,

lubicie Monty Pythona? Ja go uwielbiam, kocham i ubóstwiam. Dzisiaj chciałabym podzielić się z wami swoimi ukochanymi skeczami Pythonów, ale najpierw parę informacji dla niewtajemniczonych. Monty Python to brytyjska grupa komików, twórców genialnego serialu Latający Cyrk Monty Pythona, nadawanego w latach 1969 - 1974. Skład: John Cleese, Eric Idle, Graham Chapman, Michael Palin, Terry Jones i Terry Gilliam. Podobno ich wpływ na twórczość komediową porównywano z wpływem Beatelsów na muzykę. Ich skecze są totalnie odjechane i zakręcone, wspinają się na absolutne wyżyny absurdu i są bardzo angielskie. Wiem, że niektórych to wkurza i wiele osób uważa to za rozrywkę dla wariatów, ale mnie bawią do łez. Poniżej subiektywna złota dziesiątka ulubionych skeczy:

1. Piosenka Drwala - cudowny skecz o fryzjerze, który pragnął być drwalem. Piosenka ma kilka wersji, ze względu na interwencję cenzury. Micheal Palin jest cudownie przekonujący, jego strój jest zabójczy, a w dodatku melodia wpada w ucho. Gorąco polecam również wersję niemiecką.

2. Skecz o Węgrach - a konkretnie o słowniku węgiersko-angielskim. Stereotypy narodowe w przedstawieniu Pythonów zwalają z nóg - są tak cudownie brytyjskie! No i te teksty;)

3. Biskup - podejście Pythonów do religii uznać można za, ogólnie mówiąc, pozbawione szczególnej czołobitności. Jak zresztą do wszystkich tematów tabu. Dla niektórych będzie to zapewne skecz na granicy profanacji (a może nawet daleko poza tę granicę wysunięty), ale cóż jest tak zabójczo śmieszny!

4. Hiszpańska Inkwizycja - chyba jeden z bardziej znanych skeczy o Hiszpańskiej Inkwizycji, której nikt się nie spodziewa, a ich trzema głównymi zasadami są..., nie czterema głównymi zasadami... Pięcioma?

5. Goście - czyli uważaj co mówisz do ludzi poznanych w barze. Zawsze kiedy ktoś ze znajomych zaprasza do siebie znajomych ten skecz wypływa w rozmowie. W sumie nie wiem dlaczego, ale to dość złowieszcze...

6. Bawarska Restauracja - czyli kwintesencja niemieckości. Niestety będąc w Niemczech nie natknęłam się nigdzie na taką restaurację, chociaż jestem pewna, że musi gdzieś istnieć;)

7. Piosenka o Lamie - czyli parę rzeczy, których na pewno nie wiedzieliście o lamach, a które warto wiedzieć. I ta cudowna hiszpańska muzyka...

8. Ministerstwo Głupich Kroków - też chyba jeden z bardziej znanych skeczy o niezwykle potrzebnej instytucji rządowej. Plakat ze zdjęciami z tego skeczu wisi nad moim łóżkiem i za każdym razem kiedy na niego patrzę nachodzi mnie tylko jedna myśl - jak, na bogów, Cleese się tego nauczył???

9. Taniec ze Śledziem - wesoła muzyczka, kroki łatwe do zapamiętania - nic tylko znaleźć odpowiednie nadbrzeże i tańczyć!

10. Nudne Życie Maklera Giełdowego - coś dla ludzi, którzy zastanawiają się, dlaczego ich życie jest takie szare, podczas gdy wokoło tyle się dzieje. Nie jesteście jedyni!

 

Gdybym chciała wymieniać wszystkie świetne skecze Monty Pythona, prawdopodobnie byłby to najdłuższy wpis na blogu w historii ludzkości. Dlatego zachęcam do samodzielnych poszukiwań i do obejrzenia ich trzech filmów pełnometrażowych - Sensu życia według Monty Pythona, Żywotu Briana i Monty Python i Święty Graal. Najbardziej polecam ten ostatni. Miłej zabawy!

14:14, panna_bloom
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 08 listopada 2010
Najstraszniejszy potwór w dziejach kina?

Cześć,

wbrew pozorom nie będę dzisiaj pisać i horrorach, ale o... dzieciach. Ostatnio w kinie widziałam zwiastun filmu, którego tytułu nie pamiętam, ale w którym ogólnie rzecz biorąc chodzi o to, że dwoje prawie się nie znających za to czujących do siebie zdecydowaną niechęć ludzi dowiaduje się, że ich tragicznie zmarli przyjaciele wyznaczyli ich opiekunami swego nowo narodzonego dziecka. Zwiastun ten skłonił mnie do refleksji - czy Wam też się wydaje, że, jeśli brać pod uwagę filmy, szczególnie komediowe, dziecko to jakiś straszliwy potwór? Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sposób pokazywania maluchów spokojnie można by uznać za jedną z przyczyn aktualnej zapaści demograficznej. Takie filmowe dziecko nie posiada żadnych cech indywidualnych, zawsze natomiast można się spodziewać, że: załatwi się w jakiś odrażający sposób w miejscu i czasie jak najbardziej nieodpowiednim, ubabrze wszystko wyjątkowo nieapetycznym jedzeniem, zrobi komuś krzywdę (np. wpychając łyżkę w oko albo coś takiego), no i przede wszystkim będzie krzyczeć, krzyczeć, krzyczeć, coraz głośniej i głośniej, zwłaszcza w nocy. Jak trochę podrośnie, będzie tylko gorzej - wiadomo, że dziecko mobilne jest w stanie zniszczyć i ubrudzić znacznie większą ilość rzeczy niż takie, które po prostu leży lub siedzi w jednym miejscu. I wcale nie przestaje krzyczeć. Potem dziecko dochodzi do wieku szkolnego - jeśli dobrze się uczy możemy mieć pewność, że wpycha innych do szafek albo jest przez nich do nich wpychane, jeśli uczy się źle, to to samo. Ogólnie - koszmar. Pomijając już samo przyjście dziecka na świat, w czasie którego zwykle wszyscy biegają i krzyczą, lekarze często nie wiedzą co robią, a nie wiedzieć po co sprowadzony na porodówkę chłopak/mąż wpada w histerię i mdleje. Oczywiście nieco przesadzam, jest to jednak schemat dość często spotykany. Jeśli czyjś kontakt z małymi dziećmi ograniczony jest do minimum i nie ma żadnego porównania (jak np. ja), to ten ktoś, mimo zdroworozsądkowego założenia, że przecież to nie może aż tak źle wyglądać, bo inaczej ludzkość dawno by wymarła, może się zniechęcić. W sumie nie jest to podejście jakieś strasznie nowe i wyłącznie kinowe - w którymś z kryminałów Agathy Christie pojawia się stwierdzenie, że dzieci na przyjęciach są jak psy, ciągle tylko biegają i wymiotują (sic!), a w kilku jej powieściach pojawia się postać małego, brzydkiego dzieciaka, który podnieconym głosem mówi, że lubi patrzeć jak się szlachtuje świnie. Brrr...

Być może za mało czytam i oglądam, bo jeszcze chcę w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości mieć dziecko, tkwi we mnie natomiast głęboko zakorzenione przekonanie, że takiego stwora najlepiej zaraz po urodzeniu oddać do zoo lub podobnej placówki i odebrać po latach mniej więcej szesnastu;)

P.S. Cały czas nie udało mi się spełnić groźby, że nie będę pisać codziennie, za co bardzo przepraszam. To zapewne kwestia czasu.

Tagi: dziecko film
21:09, panna_bloom
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2